Treść właściwa
| Hiszpania odsłona druga... |
!Que suerte!Wyjazd do Madrytu był dla mnie światłem, które przyćmiewało wszystkie trudności i dawała nadzieję, że zapomnę o problemach w nowej szkole, a po powrocie wszystko się zmieni i będę miała nowy zapas sił. Cóż, możliwe, że powrót nie wyglądał tak różowo i pomyliłam się, ale ten jeden tydzień rzeczywiście sprawił, że inaczej spojrzałam na Polskę, Warszawę i samą siebie. Należy chyba zacząć od tego, że wszystko to zawdzięczam pani Wiączek i pani Omachel, które zadały sobie trud wzięcia mnie pod swoją opiekę i zorganizowania dla mnie tego wyjazdu. Tutaj składam głębokie ukłony w ich stronę. Bo od dawna moje marzenia krążyły wokół Hiszpanii i choć nie skonkretyzowane to dokładnie wiedziałam, że jeśli tam pojadę, to się rozjaśni. Jeśli - to słowo muszę przyznać strasznie mnie prześladowało. Uczę się hiszpańskiego osiemnaście godzin w tygodniu, poświęcę mu cały rok nauki, a być może nigdy bym tam nie była gdyby nie wyżej wymienione osoby. A teraz do rzeczy. Dwudziesty pierwszy października stał się dniem, który zapamiętam na długo, pewnie nawet na zawsze. Madryt - stolica Hiszpanii przybliżała się z każdą godziną. Niecierpliwość, zwykle mi obca, teraz sprawiła, że nie mogłam zebrać myśli. Miałam wykonać pierwszy krok do przyszłości. Bo nie ukrywam, że kiedyś chciałabym tam żyć i pracować. Jasne, że najpierw zostanę w Polsce, a dopiero później się nad tym zastanowię, ale przygotowania trzeba czynić dużo wcześniej, nieprawdaz? Jechałam, więc w celu wchłonięcia tamtejszej atmosfery, rytmu życia i punktu widzenia na świat. Jak się okazało nie jest to takie proste. Gdy samolot wylądował, trzęsły mi się ręce i bałam się. Ale wszystko było dobrze. Poznałam Andreę, dziewczynę, która miała stać się moją koleżanką na ten tydzień i jak najdłużej po nim. Problem w tym, że nie da się tak od zaraz, na zawołanie zaprzyjaźnić. Potrzeba czasu. Jej rodzina była bardzo miła. Ciepła i szczera, opiekowali się mną jak własnym dzieckiem. Hiszpanie są rzeczywiście bardzo otwarci i przyjaźni. Nie macie pojęcia jak onieśmiela, gdy wszyscy cię całują na powitanie. Są to niby tylko dwa cmoknięcia w policzek, ale to przecież zupełnie obcy ludzie! Przeszkadzał mi trochę hałas, który ciągle tam panuje. Oni po prostu nie umieją być cicho, tak samo jak nie potrafią zwolnić. Są ciągle w pośpiechu, gdzieś wychodzą, umawiają się, dzwonią. Tysiąc rzeczy na raz. Brak im organizacji, to fakt, ale ich usposobienie nie pozwala się na nich gniewać. Ciągle uśmiechnięci, weseli i chętni do pomocy. W programie było dużo wolnego czasu, a większość tego zajętego spędzaliśmy na zwiedzaniu miasta. Pierwszy wieczór był najtrudniejszy, bo jeszcze nie wiedzieliśmy, o czym mamy ze sobą rozmawiać i dopiero zaczęliśmy przełamywać lody. Jednak dni mijały szybko i już przestaliśmy się przejmować jak długo się znamy. Chcieliśmy po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i robiliśmy dużo różnych głupich i śmiesznych rzeczy. Z upływem czasu zdaliśmy sobie wszyscy sprawę, że jesteśmy bardzo podobni, a tylko powierzchowne spojrzenie szufladkuje nas do zupełnie odmiennych typów ludzi. Jesteśmy podobni, choć dzieli nas ponad dwa tysiące kilometrów. Ten pobyt otworzył mi oczy na to, jak mała jest Warszawa i jak wiele szans straciliśmy przez niewłaściwe „przyjaźnie”. Na to jak bardzo jesteśmy w tyle za Europą. Ale z drugiej strony pokazał mi też, że nie wszystkie zmiany są dobre i nie wszystko, co liberalne oznacza, że będzie żyło się nam wszystkim razem lepiej. Nie będę opisywać miasta jako zbioru budynków, bo tego nie da się opisać, nie czując tego powietrza, tego ducha. To niemożliwe. Życzę Wam, drodzy Czytelnicy, żebyście i Wy kiedyś wybrali się w taką podróż do miejsca, które wskaże Wam kierunek. Mnie drogę pokazał Madryt. Kto wie, gdzie ta droga mnie zaprowadzi? |




