Przejdz do menu

Przejdz do treści właściwej

Strona główna Sokrates Comenius Sprawozdania Stół z powyłamywanymi nogami

Treść właściwa


Stół z powyłamywanymi nogami

Ciągle mam wrażenie, że to był sen. Jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości, że to rzeczywistość. O czym mówię? O wyjeździe do Rumunii. O nawiązywaniu międzynarodowych kontaktów. O tym, że gdzieś można się poczuć lepiej niż w domu. Przynajmniej jeśli chodzi o ludzi i atmosferę.

Zaraz. Od początku. Jeśli nie wiecie, co to jest Socrates Comenius, to ja Wam tego nie powiem. To za trudne. Wydawałoby się, że to tylko takie drętwe spotkania, na które chodzą miłośnicy angielskiego. POMYŁKA! I to jaka! Przekonałam się o tym na własnej skórze.

Jest dwudziesty listopada. Zbyt wcześnie, żeby racjonalnie myśleć. Za wcześnie na śniadanie. Za wcześnie na cokolwiek! Normalnie spałabym do południa, a to nie… Trzeba wstaaaawać… Przepraszam. Już trzymam się faktów. Tak konkretnie, to wstaję z piętnaście minut za późno. Myję się. Znoszę walizkę na dół. Wracam po szczoteczkę do zębów. Schodzę i jem śniadanie. Wsiadam do samochodu. Wybiegam w ostatniej chwili i dopakowuję piżamę. Wyglądam dziwnie z wielką walizka, plecakiem i rozbieganym spojrzeniem. OK, żegnam się z domem, żegnam brata, żegnam zwierzaki i ruszam. W bardzo długą podróż. Na lotnisku spotykam nauczycielki od angielskiego i zarazem opiekunki naszej skromnej grupy: panią Katarzynę Wiączek i panią Joannę Omachel. Nawet nie macie pojęcia, jak to dziwnie się jest spotkać z nauczycielem gdzieś poza szkołą i to jeszcze w niedzielę. Zaraz potem spotykam Agatę i w ten sposób jesteśmy już wszyscy. Gotowi na wszystko. O przepraszam, zapomniałam. Były jeszcze dwie nauczycielki z Wodzisławia Śląskiego, naszej szkoły partnerskiej, a z nimi Agnieszka i Łukasz. Oboje z trzeciej klasy gimnazjum. Też trochę speszeni, więc nie rozmawialiśmy za dużo. A tak serio. Obie z Agatą nie wiedziałyśmy za bardzo, czego się spodziewać. Nikt nie wiedział tak dokładnie. Był ogólny zarys, ale żadnych dokładniejszych szczegółów. Pierwszy raz w Rumunii, dla Agaty w ogóle pierwszy raz za granicą. Myślami już byłyśmy na miejscu, ale czekała nas długa podróż. Najpierw odprawa, a później prawie półtorej godziny chodzenia po sklepach bezcłowych na lotnisku Okęcie. Jakoś szybko to zleciało i nim się obejrzałyśmy, już byłyśmy w samolocie. Zjadłyśmy trochę zimne kanapki i krakersy. Obserwowałyśmy chmury za oknami samolotu, a kiedy mijaliśmy Tatry, poczułam jakieś niewypowiedziane uczucie wolności. Ośnieżone szczyty były jak strażnicy stojący na granicy naszego pięknego kraju. Ehhhh! Piękny widok, nie ma co. Lądowanie w Bukareszcie bez większych problemów. Później zwiedzanie miasta. Nie powiem, żeby urzekło mnie jakiś zniewalającym pięknem, bo stolica Rumunii jest dosyć podobna do Warszawy. Dopiero z czasem dostrzega się poszczególne elementy. Pani Wiączek z przewodnikiem Pascala w jednej ręce, a torbą z aparatem w drugiej była naszym przewodnikiem. Główne punkty naszej mini-wycieczki: budynek Parlamentu (rozmiar mniejszy od Pentagonu w USA), kopia Pól Elizejskich i Łuku Tryumfalnego (ale tylko z daleka), cerkiew św. Antoniego (jak wszystko, co ładniejsze, schowana w cieniu bloków), lokal z jedzeniem (Sheriff’s, najpopularniejszy w mieście, coś jak nasza Pizza Hut). Widzieliśmy (też z daleka) Teatr Narodowy. Kwestią wyjaśnienia: Nicolae Ceausescu - ”sprytny i mądry” dyktator, zwany Słońcem Karpat, który został rozstrzelany za swoje „zasługi” - uznał, że wszystkie budynki, posiadające własną historię i niepowtarzalny urok przeszłości, należy ukryć za nowoczesnymi centrami handlowymi, blokami i innymi obiektami nowoczesności. Chciał stworzyć „nowe miasto”, dlatego bardzo trudno jest zobaczyć wszystkie zabytki Bukaresztu, czekają bowiem na odkrycie w małych, wąskich uliczkach, których są tysiące. Na końcu każdej można znaleźć coś wyjątkowego. To tyle w kwestii wyjaśnienia. Najedzeni, szczęśliwi wróciliśmy na lotnisko, aby przygotować się do lotu do drugiego co do wielkości miasta w Rumunii, Iasi. Tam właśnie mieszkali nasi nauczyciele. My, tj. Agata, Agnieszka, Łukasz i ja, mieszkaliśmy w oddalonej o 60 km miejscowości Raducanieni. Tam właśnie znajduje się nasza partnerska szkoła. Tam poznaliśmy mnóstwo ludzi. Tam poznaliśmy naszych kolegów, tam poznaliśmy wartość naszego kraju. Ale o tym nieco później. W samolocie do Iasi dołączyła do nas grupa z Turcji, trzech nauczycieli i dwoje uczniów: Gizem i Kursat (powinny być dwie kropki nad u ale nie posiadam takich zdolności hakerskich i nie umiem ich wstawić). Na lotnisku wszystko się mniej lub więcej wyjaśniło. Wiedzieliśmy, u kogo będziemy mieszkać. Spotkaliśmy Norię, dziewczynę, która była u nas w Polsce na spotkaniu Comeniusa, wtedy była duszą towarzystwa. Nic się nie zmieniło. Uśmiechnięta witała nas wszystkich i pomagała przełamać pierwsze lody. Trochę baliśmy się rozstania. To znaczy rozjechania się do osobnych domów. Ale kiedy to nastąpiło była godzina 22.30, więc tak naprawdę wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że tylko niektórzy jeszcze chwilę porozmawiali z hostfamily (rodziną goszczącą), ale nawet oni przyznali się, że godzinę później spali jak zabici.

Następny dzień był zajęty głównie przez spotkanie projektowe, na którym byli też nauczyciele. Rozmowy zaczęły się nieśmiało. Niektórzy stali tylko z boku i się przyglądali. Przedstawialiśmy się sobie nawzajem, mówiliśmy o szkole, lekcjach. Takie tam drętwe gadki. Dopiero później miało się zacząć! Ale wszystko w swoim czasie… Zjedliśmy obiad. Nawet dobry, ale teraz się poskarżę. W Rumunii jedzą wszystko strasznie słone! Ale i tak zajadałam się mamałygą, zwaną po rumuńsku polentą. Wieczorem zaczęło się dziać. Nasi koledzy z Rumunii zaprosili nas na coś do picia (bez skojarzeń proszę!) i wtedy dyskusja potoczyła się jak z górki. Nagle okazało się, że mamy bardzo dużo tematów i kiedy trzeba było kończyć nikt nie chciał iść. Ja przez cały czas rozmawiam z Gizem i Łukaszem. Głównie o historii naszych krajów czyli Polski i Turcji. A także o podobieństwach i różnicach naszej codzienności. Wbrew pozorom, nie różnimy się tak bardzo. Trochę inaczej na wszystko patrzymy, ale nie prowadziło to do jakiś większych sprzeczek. W domach, przynajmniej w moim, toczyła się ożywiona rozmowa. Ale skończyła się wraz z godziną 23.

We wtorek znowu spotkaliśmy się w bibliotece szkolnej. Pani bibliotekarka przez tłumacza (Norię) dzieliła się swoimi wiadomościami, opowiadała o największych rumuńskich poetach. Gizem dostała nawet mały fragment poezji rumuńskiej. Chwilę później dobrani w pary bawiliśmy się w „zgadywanie osób”. Jedna osoba pisała na kartce nazwisko znanej osoby, a ta druga musiała zadawać pytania i próbować powiedzieć, kto to jest. Nie wszystkim się to udało. Wieczór znowu spędziliśmy razem, prowadząc towarzyskie pogawędki. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że Gizem też jest zafascynowana osobą Che Guevary. Atmosfera zrobiła się trochę ciężka, kiedy zeszłyśmy na tematy polityczne, a konkretnie sprawę Kurdów w Turcji. Wzburzenie, jakie wywołałam jednym stwierdzeniem, zostało na szczęście rozładowane trafnymi żartami Łukasza i Kursata. Wtedy właśnie zaczęliśmy się tak śmiać, że wszyscy dookoła zamilkli. Wtedy właśnie poczułam się świetnie w ich towarzystwie. Bo o ile wcześniej było trochę głupio tak ciągle po angielsku mówić, brakowało tematów i… sama nie wiem. Tak dziwnie jakoś było, to w tamtym momencie poczułam się jak na szkolnej przerwie. Śmiałam się, żartowałam i całkiem zapomnieliśmy, że znamy się zaledwie od 48 godzin i to nie pełnych. W sumie, to dlatego tak bardzo się cieszę, że mogłam tam pojechać. Bo trafiłam w świetne towarzystwo! Ludzie byli, bez przesady, fantastyczni. I bardzo mnie zdziwiło zachowanie Rumunów. Mają teraz bardzo ciężki okres. Ich nauczyciele strajkują czwarty tydzień i nie widać rozwiązania. Wcale się im nie dziwię. Żyją za pensje około 100 Euro miesięcznie, a ceny są porównywalne do naszych. Mają trochę taniej, ale ich pensja na pewno nie wystarcza na podstawowe rzeczy. O to do czego doprowadzili politycy, którzy nie znają (znali) się na swojej pracy. W tym czasie młodzież nie chodzi do szkoły. Dodam, że to strajk ogólnokrajowy. A dla nich szkoła to oderwanie się od szarości dnia powszedniego, szansa na ucieczkę w lepszy świat. Nie przykry obowiązek. I choć mają trudne warunki społeczno-ekonomiczne wcale im to nie przeszkadza w byciu miłym. Są bardzo pomocni i ciągle uśmiechnięci, nadzwyczaj uprzejmi. Byłam zaskoczona i odzwyczaiłam się od szorstkości Polaków. Ale wróćmy do tematu.

W środę pojechaliśmy do Iasi na obiad i zwiedzanie miasta. Muszę przyznać, że jest bardzo podobny do Bukaresztu, tylko nie ma aż tylu zabytków. Ale wcale się nie nudziłam. Cały czas rozmawialiśmy między sobą. Ja i Agata trzymałyśmy się głównie z Gizem i Kursatem. Czasem dołączał się Łukasz, ale Agnieszka znalazła doskonały kontakt ze swoją hostsister. Ale to nie znaczy, że w ogóle z nami nierozmawiała. My mieliśmy pewne problemy z porozumiewaniem się, bo nasze hostfamily słabo mówiły po angielsku, a i tak wolały trzymać się razem. Więc tak naprawdę z nimi gawędziłyśmy dopiero wieczorem w domach.

Środa była chyba najlepszym dniem, zaraz po piątku. Wieczorem (w środę) poszliśmy do hostfamily Kursata, Alexa. Tam graliśmy w inteligencję po angielsku (to było bardzo trudne, nawet okropnie trudne!), ale szybko się nam znudziło i jakiś żart rzucony przez Łukasza bodajże wywołał lawinę śmiechu. Aż naswszystko bolało. Ale wszystko co dobre szybko się kończy.

W czwartek wstaliśmy bardzo wcześnie rano, bo zostaliśmy zabrani na wycieczkę do Mołdawii (górzysty obszar Rumunii). Widoki były śliczne, a ponieważ Agata pierwszy raz była w górach, musiałam znosić poszturchiwania i okrzyki zachwytu. Ale naprawdę czasem po prostu zapierało dech w piersiach. Zwiedzaliśmy też najstarszy w Rumunii monastyr. Dużo osób z naszej grupy było prawosławnych, więc mięliśmy okazję zobaczyć, jak czczą oni swoich świętych. Wszystkie ikony i ścienne malowidła najpierw dotykają, modlą się, a później całują. Poza tym, mają ogromną ilość relikwii świętych, które są zakonserwowane i aby spełniły modły, należy ich dotknąć. Trochę dziwnie się czułam, macając czyjeś kości, ale mają prawo do swoich obyczajów i nie mnie je krytykować, czy osądzać. Ponieważ w czasie drogi powrotnej pogoda się bardzo popsuła jechaliśmy wolno, także w domach byliśmy około godziny 22.30. Tak bardzo zmęczona, że zjadałam tylko mamałygę i położyłam się spać.

W piątek zamarzłam. Padało i było przeraźliwie zimno. Przemokły mi buty i w drodze do Iasi czułam, jak moje stopy ulegają odmrożeniu. Ale w czasie kąpieli odzyskały w miarę naturalną temperaturę. W tym czasie, kiedy ja brałam prysznic, inni zwiedzali miejską szkołę. Podobno standard jest wyższy niż w niektórych szkołach w Warszawie. Wtedy miała się uwydatnić przepaść między wsią a miastem w Rumunii. Więcej informacji u pani Omachel lub pani Wiączek. Z powrotem do Raducanieni. Tego dnia wszyscy żartowaliśmy i bawiliśmy się najlepiej spośród tych wszystkich dni. Tak mi się wydaje. Kiedy spisywałam wszystkich adresy i e-maile, zrobiło mi się smutno, bo miałam ich już nigdy nie zobaczyć. Tych wszystkich ludzi, z którymi związałam się tak bardzo przez te kilka dni zaledwie. Czasem przez całą szkołę nie znajduje się takich kolegów, jak ja znalazłam w ciągu tamtego tygodnia. Ale może odniosłam takie wrażenie, bo nie poznałam ich do końca, tylko powierzchownie? Być może. Warto by się nad tym zastanowić. Rozstaliśmy się grubo po dziesiątej. Ale zazdroszę Agacie, bo o ile i ona miała trudności z jej hostfamily (moja i jej hostsister nie mówiły zbyt dobrze po angielsku) to u niej nocowała Gizem, a ostatniego dnia do późna został też Łukasz, ja musiałam się zadowolić towarzystwem Adeny i jej siostry (Adena to moja hostsister). Ale nie narzekam, ja uczyłam ją polskiego, ona mnie rumuńskiego i było dużo śmiechu. Kilka godzin wcześniej uczyliśmy się takich dziwnych zwrotów w ojczystych językach, np. stół z powyłamywanymi nogami albo w czasie suszy szosa sucha. Bezapelacyjnie wygrał tekst z Turcji! Coś o jedzeniu potraw z czosnkiem lub bez. Ale zdecydowanie za trudne, żeby powtórzyć czy napisać. Nikt nie zdołała tego dostatecznie szybko powiedzieć.

Sobota była bardzo przykrym dniem. Właściwie w nocy musieliśmy być w drodze do Iasi, na lotnisko. Musieliśmy się pożegnać. Aż łza się w oku kręciła. W Bukareszcie rozstawaliśmy się bardzo szybko z Turkami, bo zaraz mieli samolot do Istambułu. Wtedy naprawdę były łzy. I poczułam się jakbym traciła jakąś część siebie, ale w zamian też coś zyskałam.

Można narzekać na dosyć ciężkie warunki, można narzekać na zimno, można tęsknić. Ale tyle życzliwości, ile dostaliśmy od obcych ludzi potęguje atmosferę koleżeństwa i przyjaźni. Wnioskiem dla mnie jest to, że jest się żałosnym, narzekając na cokolwiek. Bo zawsze może być gorzej. I już zaczynam tęsknić za wszystkimi. Mamy co prawda adresy i maile, ale to już nie będzie to samo. Nigdy. Ciekawe było też poznawanie nauczycieli nie tylko ze strony lekcji, ale też zupełnie normalnej, od prywatnej strony i tego tez nigdy nie zapomnę.

P.S. Chciałam bardzo podziękować p. Joasi i Kasi za udostępnienie hotelowej łazienki.

Monika Zielińska